Otarłam opuszkami palców o jeszcze gorący kubek, pełen wrzącej,
aromatycznej herbaty. Nie podniosłam na mężczyznę wzroku ani razu, od
momentu przekroczenia drzwi. Czułam się tak bardzo speszona, po raz
pierwszy w takiej sytuacji nie było ze mną brata. Co mogłam powiedzieć
komuś, kogo nie znałam, a tak wiele od niego oczekiwałam? On chyba to
wyczuł, więc chrząknął, stuknąwszy swoją filiżanką z kawą o talerzyk
lukrowanych ciastek.
- Nazywam się David. Proszę, nie bój się mnie,
jesteśmy niemal w tym samym wieku. - gdy to powiedział, kąciki jego ust
uniosły się delikatnie.
Prawda, że był to słaby uśmiech, ale jakiż
naturalny, ciepły. Wydawał się subtelną, wyciszoną osobą. Moje ramiona
nieco się rozluźniły.
- Naprawdę? - upiłam łyk naparu. - Wyglądasz mi na o wiele starszego.
Zaśmiał się cicho i rozczochrał nieco włosy.
-
Możliwe, że zbyt długo siedzę już za biurkiem. Nawet nie wiem do końca,
jak wyglądam. Twój telefon, cóż... Natychmiast zmusił mnie do
opuszczenia domu. - rzekł żartobliwie.
- Dużo pracy?
- Zdecydowanie i to w większości... Nad tobą, umm... - zaciął się.
Och, ja głupia, jeszcze mu nie odpowiedziałam na przedstawienie się.
- Kate.
- Właśnie. - przytaknął.
Zapanowała
osobliwa cisza. Wyglądał na niesamowicie zaobserwowanego moją osobą.
Przechylił głowę i podparł się na ręce. Zarumieniłam się mimowolnie pod
wpływem jego spojrzenia. Dokładnie sunął wzrokiem po mnie i wreszcie
otworzył usta, by powiedzieć:
- Nie sądziłem, że twój organizm będzie tak dobrze przystosowany.
Zakrztusiłam
się, strużka cieczy popłynęła po mojej brodzie. To był dość... Osobliwy
komplement. Podał mi serwetkę, średnio zaskoczony moją reakcją.
- S-słucham? - wyjąkałam.
- Ile wiesz o swojej matce? - zapytał wymijająco.
Czułam się raczej niekomfortowo w tej sytuacji. Byłam atakowana słowami, na które kompletnie nie byłam przygotowana.
- Była kosmonautą. Od zawsze pasjonował ją kosmos i wreszcie dopięła swego.
Pokiwał głową, wyciągając na stół teczkę.
- I?
- I... Popełniła samobójstwo, rok po urodzeniu mnie i brata. - wyszeptałam.
Moje oczy się zaszkliły, a oddech stał się niespokojny. To był zakazany temat w moim domu.
- Co z twoim ojcem? - kontynuował, choć widział wyraźne zmiany w moim zachowaniu.
- Nic o nim nie wiem. - jak trudno było się do tego przyznać.
Spojrzał na mnie smutno tymi orzechowymi oczyma. Dotknął mojej dłoni, delikatnie i z rezerwą.
-
Wziąłem ze sobą tylko podstawową dokumentacje. Sama uznasz, na ile
chcesz poznać tą historię. Jeśli będziesz chciała więcej, wiesz pod jaki
numer zadzwonić.
Wyciągnęłam drżącą dłoń w stronę papierów. To
spotkanie było zbyt bolesne. Deszcz obijał się o szybę kawiarni,
zostawiając za sobą swoje smugi. Układały się one w plastyczne wzory.
Nie chciałam wychodzić, ani tym bardziej zostać. Chłopak powędrował
spojrzeniem za mną.
- Nie musisz nic mówić, zrobiłem tylko to, co było moją powinnością. Więc... Chcesz je wziąć?
- Tak.
- Podwiozę cię.
Posypka
na talerzyku. Serce pełne niepewności. Zapewne dwudziestoparolatek,
który zdawał się wiedzieć o mnie więcej, niż ja sama. Oraz teczka,
niewinny symbol najgorszej zmiany w moim życiu.
Wkraczając do
ciemnego pomieszczenia, czułam narastającą niepewność. O ile dziadkowie
pewnie znajdowali się w sypialni, o tyle Josh zasypiał zawsze przy
migającym świetle telewizora. Niczym nieskalana cisza. Nagle poczułam
zimny powiew powietrza i tą świadomość, ze ktoś znajduje się za mną.
- Gdzie byłaś? - jego zimny głos przeszył powietrze.
- Josh, nie wygłupiaj się.- odwróciłam się w jego stronę. - Byłam z Meg, nieco się przeciągnęło....
Nagle złapał mnie mocno za nadgarstek, czułam się uwięziona w jego żelaznym uścisku.
- Kłamiesz.
- Ale, Josh....
- Kłamiesz. Dzisiaj Meg nie miała czasu.
Odepchnęłam
go przerażona. To nie był on. Przypominał dzikiego drapieżnika, nie
zawsze wycofanego, kochanego blondyna. Nagle nacisnął na włącznik
światła, jasność na kilka sekund mnie zamroczyła.
- Czemu... - tym razem żałośnie wyszeptał.
Człowiek
o stu twarzach? Targały mną emocje, z jednej strony chciałam go
przeprosić i poklepać po głowie, w końcu, to zawsze ja ulegałam. Ale
teraz... Czułam wzburzenie, chciałam, by spotkała go kara. Wyminęłam go,
nie zmiękczając się nawet na chwilę pod siłą jego ciążącego spojrzenia.
Nie poszedł za mną, stał tam jak słup soli. Do samego końca, póki nie
otworzyłam dębowych drzwi od łazienki, patrzył tylko na mnie. Gdy tylko
byłam już sama, osunęłam się bezwładnie po powierzchni ściany i
przywarłam teczkę do swojego ciała.
„Ten wylot kosmiczny załogi był
zupełnie inny. Odnotowałem pewien zaskakujący fakt. Przez półtorej
minuty na taśmie można było wychwycić przerażony krzyk Evy oraz i
niezidentyfikowany syk. Dodatkowo parokrotnie był wysyłany sygnał SOS.
Odnaleziono tam także skrawek skóry nie należący do nikogo z wysłanej
grupy kosmonautów. Prawdopodobnie reszta ekipy znajdowała się na
zewnątrz w przestrzeni kosmicznej. Co za tym się kryje? Sama
uczestniczka zdarzenia milczy, a może zbywa nas odpowiedzią. Ta sprawa
jednak mi nie daje spokoju.”. Czy naprawdę powinnam czytać dalej?
Nie mogłam zostawić komentarza pod następnym rozdziałem, to zostawię tutaj.
OdpowiedzUsuńA więc ja dodam kolejny :)
Bliźniaki, tajemnica... Wszystko piszesz w taki sposób, że postronny czytelnik musi koniecznie dowiedzieć się, co stanie się potem. Na przykład ja!
Wręcz nie mogę się doczekać, tego kto jest zły. Staram się przewidzieć każdy scenariusz, ale zapewne i tak mnie zaskoczysz. A więc czekam!
Domi.