Oparłam się o mur szkolny na dziecińcu i skrzętnie rozejrzałam wokół.
Czasu miałam mało, Josh zawsze wiedział, gdzie byłam. Zupełnie jak anioł
stróż, tak to sobie tłumaczyłam. Wyciągnęłam z kieszeni mundurka
pomiętą już kartkę z numerem telefonu i listem od matki, który dotąd
wywoływał dreszcze na moim ciele. Możliwe, że była to tylko intuicja.
Przyłożyłam komórkę do ucha i nasłuchiwałam. Z każdym dźwiękiem łączenia
wzrastało u mnie podniecenie, ale i strach. Zastanawiało mnie, jaki
głos może mieć... Przyjaciel matki? Nagle sygnał ustał, dzieliła mnie
sekunda od wysłuchania Mitcheal'a.
- Podany numer nie istnieje. Proszę sprawdzić i wprowadzić go ponownie. - zabrzmiał zimny, drętwy głos sekretarki.
Otworzyłam usta ze zdziwienia, chciałam cisnąć urządzeniem w podłoże. Zamachnęłam już ręką, gdy za jej przegub złapał mnie brat.
- Co ty robisz, siostrzyczko? - zapytał.
Poczułam
jego ciepły oddech na szyi. Odwróciłam się w jego stronę. Nie kryłam...
Przerażenia. Nie usłyszałam jego kroków, a cała moja tajemnica, jeszcze
przed zaczęciem czegokolwiek wyszłaby na światło dzienne.
- A co ty taki ciekawski? - powiedziałam, uśmiechając się szeroko i dając mu pstryczka w nos.
Świstek papieru szybko wepchnęłam do torby wraz z komórką. Wstałam jak gdyby nigdy nic, otrzepując starannie spódnicę.
-
Mógłbyś wrócić choć raz z kolegami, ja idę się jeszcze przejść z Megu. -
rzekłam jeszcze na odchodne, klepiąc go w plecy. - Do zobaczenia w
domu! - zasalutowałam mu i biegiem skierowałam się w kierunku szatni.
Spojrzałam
jeszcze raz przez okno w kierunku blondyna. Stał pod bramą i dokładnie w
tym samym momencie skierował swój wzrok na mnie. Ułożyłam usta w
uśmiech i pomachałam mu. Ten tylko uniósł leniwie rękę, by po chwili ją
zwiesić, a następnie odszedł z rówieśnikami. Jego zachowanie było dla
mnie dziwne, ale zawsze był wrażliwy, więc pewnie i tym razem coś mu
dolegało. Może się obraził? Pokręciłam głową, by następnie zejść
schodami po ubrania. Napotkałam tam rudowłosą, której widoczny problem
stanowiło zdjęcie kamizelki. Wypuściłam powietrze z ust, czułam, że
muszę teraz być matką na posterunku. Po kilku mocniejszych
szarpnięciach, wydostałam Megumi z mundurka.
- Wracamy razem? - zapytałam.
-
Wybacz, Katek. Niestety nie mam dzisiaj czasu, mam iść od razu do biura
ojca. Stary znów pewnie czegoś ode mnie chce. - mruknęła, każde
spotkanie z tatą nie było dla niej miłe.
- Rozumiem... A myślałam, że
pomożesz mi trochę poszperać w domu. Wiesz... Zawsze jakieś zdjęcie z
albumu z Joshem by się znalazło. - rzuciłam, puszczając jej oczko.
Poczerwieniała na twarzy i zaczęła się jąkać.
- N-no w sumie, ojciec i tak będzie krzyczeć, więc chwileczkę mogę poświęcić. - wybełkotała.
Miałam
już ją w garści. Przebrałam się szybko. Poluźniłam kokardę w górnej
części uniformu, a spódnicę jeszcze bardziej podwinęłam. Teraz sięgała
mi połowy uda.
- Nie przesadzasz trochę? I tak wszyscy na ciebie zwracając uwagę. - żachnęła się, widocznie nieco zazdrosna Meg.
- Spokojnie, kto tu jest matką?
Żartobliwie zagroziłam jej palcem i wyszłyśmy z budynku.
- Czego dokładnie szukasz? - zapytała.
- Sama do końca nie wiem. Ale może jakiegoś zdjęcia mojej matki z mężczyzną. Nie wiem.
- Po co ci to?
Mogłam ugryźć się w język. No, Kate, czas myśleć.
- Potrzebuje do albumu rodzinnego. - rzuciłam z łatwością.
Dziewczyna ściągnęła brwi, ale pokiwała głową.
Na poszukiwaniach minęło nam z półtorej godziny. W końcu, na jednym ze
zdjęć na odwrocie znajdował się podpis „Mitcheal Cook”. Zielonooka w
tym momencie poszła, pogrążona w rozpaczy, bo tata z pewnością będzie na
nią zły, ale i pocieszona zdjęciem mojego brata z czasów podstawówki.
Babcia gdzieś wyszła i zostawiła telefon. Szybko wyszukałam numer osoby,
jakiej szukałam po nazwisku. Po krótkiej chwili głos zabrzmiał w
słuchawce.
- Halo?
Przełknęłam ślinę, to był naprawdę on. Męski, niski głos. Nieco zachrypnięty. Wywnioskowałam, że ma około dwadzieścia lat.
- M-Mitcheal Cook?
- Nie. Jego syn. Kto mówi? Na pewno nie Agnes, ona by o tym wiedziała.
Oczywiście, że miał racje, nawet nie starałam się podszywać pod moją opiekunkę.
- Córka Evy...
-
A ,więc to ty... - nagła żarliwość w jego tonie upewniła mnie, że
dobrze zadzwoniłam.- Wiem o co ci chodzi. Ojciec przed śmiercią
wspominał mi o tym. Spotkajmy się na rogu ulicy Victoria Street.
Nie
dał mi nawet dokończyć. Oczywiście, że się bałam. Właśnie miałam się
spotkać z jakąś osobą zamieszaną w przeszłość mojej matki, a ja byłam
tylko zdezorientowaną siedemnastolatką. Czy miałam jednak inny wybór?
Josh zawsze mówił, że moja ciekawość zaprowadzi mnie tylko do
najgorszego. Wtedy nie wiedziałam, ile racji było w jego słowach...
Wiał porywisty wiatr, więc szczelnie okryłam się swoją beżową kurtką.
Na kogo czekałam? Nie znałam nawet jego imienia, zresztą, on mojego
chyba też nie. Więc jakim cudem był tego wszystkiego tak pewny? Nagle
ktoś dotknął mojego ramienia, podskoczyłam przestraszona.
- Córka Evy? - zapytał
Odwróciłam
się. Przepaść w wysokości między nami była nieco śmieszna. Sięgałam mu
nawet nie do ramienia. Ubrany cały na czarno, z kołnierzem bluzy
podciągniętym pod sam nos nie budził jakiegoś szczególnego zaufania. Ba,
nawet oczy przysłonił okularami przeciwsłonecznymi, pomimo mrozu
dzisiejszego dnia. Jedyne co widziałam to postrzępione, kasztanowe włosy
z grzywką zachodzącą mu na oczy i dwudniowy zarost na jego twarzy.
Milutko. W ręce trzymał jakąś teczkę.
- Tak? - bardziej zapytałam, niż stwierdziłam.
Myśli wirowały w mojej głowie, zastanawiałam się czy czasem nie uciec.
- Musimy o czymś porozmawiać. Ale nie tu. - mruknął tajemniczo.
Pozwoliłam
mu się wziąć pod ramię i zaprowadzić w nieznaną mi część miasta. Jakaż
ja byłam głupia. Gdyby nie to spotkanie, to jedno spotkanie. Jeden
telefon.
To wszystko...
Kochany, przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz