Pamiętam jeszcze dzień, kiedy straciłam moje życie. Nie można tego ująć
dosłownie, jednak ja czułam, że nic nie będzie już takie samo. Odkąd
straciłam głos i wzrok moje życie stało się koszmarem. Poniżanie przez
ludzi stało się codziennością, udręką, która pokazuje mi jacy ludzie są
bezwartościowi. Każdego dnia przeznaczone jest mi błąkać się po ulicach,
szukając sprawcy mojego nieszczęścia. Jedynym co może mi pomóc w
zemście są pozostałe mi zmysły dotyku i słuch, oraz On- Glave. Jest on
jedyną osobą, która mnie rozumie i chce pomóc. Nie odwraca się ode mnie,
tylko cały czas trwa u mojego boku. Poznałam go dopiero krótko po
wypadku, przez co nie wiem, jak wygląda. Przez przypadek wszedł do
mojego pokoju w szpitalu. Od początku wydawał się inny. Taki opanowany,
wręcz zimny, ale jednak miły i opiekuńczy. Od tamtej chwili zaczął
często przebywać u mnie w domu, jakby chciał zapewnić mi opiekę.
Wszędzie ze mną chodzi, a kiedy czeka na mnie pod szkołą, czuję pewnego
rodzaju ulgę. Tak właściwie to on namówił mnie do zemsty i pozostawił w
moim sercu chęć odzyskania wzroku, poprzez przeszczepienie oczu i
dawnego życia.
W szkole dzień w dzień przeżywałam to samo.
Dziś nie było inaczej. O ile uczniowie powstrzymują się od znęcania się
nade mną podczas lekcji, o tyle wzrasta terror podczas przerw. Nie
przestałam chodzić do dawnej szkoły- moi rodzice zginęli, a ja nie
umiałam sobie sama poradzić, dlatego to nauczyciele dostosowali się do
moich potrzeb, co było bardzo miłe z ich strony. Dostawałam od nich
notatki, zapisane alfabetem Braille'a, a lekcję prowadzili specjalnie na
mnie uważając. Jednak ja nie potrzebowałam specjalnego traktowania. Od
razu pojmowałam temat i niepotrzebne były mi notatki. Nawet jeżeli coś
sprawiało mi problem, to Glave mi to tłumaczył. W myślach nazywałam go
moim wybawicielem. Dziś, jak zawsze niecierpliwie wyczekiwałam końca
lekcji. Glave obiecał powiedzieć mi coś ciekawego, więc na ostatniej
lekcji siedziałam jak na szpilkach, aby tylko usłyszeć dźwięk dzwonka,
oznaczającego koniec zajęć. Kiedy znajomy odgłos rozległ się na
korytarzu, a w klasie zapanował chaos, od razu rzuciłam się do wyjścia.
Doskonale znałam klasę i budowę szkoły, dzięki czemu bieg pomiędzy
ławkami i szybkie dojście do głównych drzwi nie sprawiało mi zbytniego
problemu. Wyprzedziłam wszystkie osoby z klasy, nie zważając na
popchnięcie i obelgi, i zanim ktokolwiek wyszedł na korytarz, ja byłam
już na jego końcu. Prawie wszyscy uczniowie traktowali mnie tu jak
śmiecia, dlatego nie chciałam przeciskać się przez złowrogi tłum, który
tylko czekał, aby mnie poniżyć. Aż trudno uwierzyć, że przed wypadkiem
byłam "popularna".
Wypadłam szybko przez drzwi frontowe i w
napięciu czekałam na towarzyszącego mi chłopaka. Po chwili poczułam, że
ktoś łapie mnie w pasie i przykłada twarz do mojej głowy.
"Glave!"-
pomyślałam i szybko się odwróciłam. Z uśmiechem na twarzy wyciągnęłam
rękę, aby dotknąć jego twarzy. Do moich uszu doszedł charakterystyczny
brzdęk metalu, jakby na jego twarzy znajdowała się maska. Już byłam
pewna, że to jest Glave, jednak nie mogłam oprzeć się pokusie, żeby go
dotknąć. Lekko przyłożyłam dłoń do jego miękkiej, gładkiej skóry, potem
przejechałam nią do nosa i wąskich ust. Ponownie się uśmiechnęłam i
skinęłam głową, na znak, że go poznaję. W tym momencie na dziedziniec
szkolny wybiegli pozostali uczniowie, tworząc przy tym straszny hałas.
Ponowny trzask uświadomił mnie, że chłopak znowu założył maskę.
-Chodźmy
w inne miejsce- dosłyszałam jego głos. Jak zwykle opanowany i zimny,
jednak wiedziałam, że za tą powłoką jest łagodne i miłe wnętrze.
Zwróciłam oczy w stronę, z której usłyszałam jego głos, jednak jak
zwykle widziałam tylko nieprzeniknioną ciemność. Ponownie poruszyłam
głową, żebyśmy ruszyli. Glave objął mnie za ramię i poprowadził nieznaną
mi ścieżką. Był dla mnie taki dobry...
*
Prowadziłem
ją, dostosowując bez słowa tempo marszu do niej. Wiedziałem, że tego
nie potrzebowała. Zawsze zaskakiwała mnie swoją zdolnością do przeżycia w
tym gąszczu ludzi. Niewidoma, pozbawiona głosu dziewczyna, która wcale
nie zamierzała udawać dziecka zagubionego we mgle. Zapamiętywała,
łączyła ze sobą informacje, tworząc swój własny świat. Zastanawiało
mnie, jak według niej wygląda. Czy ma w sobie jeszcze część z okresu jej
pełnego życia, a może była to już tylko wyśniona wizja
niepełnosprawnej. Nie potrzebowała nic powtarzać, wystarczyło, że raz
się z czymś spotkała i wnet dodawała to do wyobrażenia. Był jednak
pewien odstęp od tej normy, moja twarz, mój wygląd. Udawała, że mnie nie
poznaje, zdarzało się jej "mówić", że nie pamięta, nie ma pełnego
obrazu. Oczywiście, że kłamała, była to słodka obłuda.
-Jest wiosna,
Mayumi. - zacząłem, nie czekając na jakikolwiek znak z jej strony. -
Schodzimy właśnie wybrukowaną ścieżką, mijamy paru uczniów, przyciągamy
ich spojrzenia. Kojarzysz ten widok, prawda?
Spojrzałem na nią,
minimalnie zacisnęła swoje usta, zawsze opisywałem jej świat taki, jaki
jest. Układanie wszystkiego w piękne słowa tylko by ją jeszcze pozbawiło
samodzielności.
-Czujesz ten zapach, lepiej niż ja. Słodki,
subtelny, właśnie drzewa wiśni rozkwitają. Niebo jest lekko zachmurzone,
ciemne, pewnie będzie padać. Skręcamy, właśnie będziemy przechodzić
przez pasy. Za moment znikniemy wśród zapomnianych uliczek i starych
kamienic.
Ścisnęła mocniej moje ramie, przykładając palec do ust. Nie
chciała więcej, to ją męczyło, wiedziałem o tym. Nie mówiła jednak o
swojej tęsknocie za tym, a wiedziałem, że jest silniejsza od niechęci.
Dlatego też dawkowałem informacje, upraszczałem niektóre sprawy.
Istotnie, zaprowadziłem ją w zatęchłą stronę miasta, o której już pewnie
pamiętałem tylko ja. Pochwyciłem jej miękką, małą dłoń w swoją i
zaprowadziłem po schodach do jednego z mieszkań. Nagle Mayumi mnie
szturchnęła i ułożyła ręce w znaki.
-Zimno - „powiedziała”.
-Jak zawsze. Takie uroki mojego domu.
Zastygła w połowie układanego słowa, ale w końcu dokończyła:
-Twojego?
-Tak, miałem ci coś ciekawego powiedzieć, ale chciałem, byś też poczuła, zobaczyła.
Uniosła
pytająco brew, ale posłusznie za mną szła. Nie chciałem jej tym razem
opowiedzieć o otoczeniu. Ciemne, splamione schody, miejscami śliskie, na
ich stopniach wiele się wydarzyło, sam wiedziałem o tym najlepiej.
Ściany szare, brudne, pełne porastającego je kurzu. Światło migało, a
wielkie, niegdyś wspaniałe, witrażowe okna zostały zaklejone i
zakneblowane. Zdecydowanie nie uroczo. Nie chciałem, by na podstawie
tego wysunęła o mnie wnioski. Choć i ona wiedziała swoje, obrzydliwego
zapachu nie w sposób było ukryć, a co dopiero przed nią. Sunęła
opuszkami palców po tym, co tylko napotkała. Pewnie martwiła się o mnie.
W końcu otworzyłem drzwi, znajdowaliśmy się w przedpokoju.
-Ta niespodzianka, ciekawa rzecz jest żywa.
Uniosła ręce, ale nawet nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć.
- Długo szukałem i chyba wreszcie znalazłem. Osobę, która cie skrzywdziła, Mayumi. Chcesz się nią zaopiekować?
*
Na
chwilę zamarłam. Słowa Glave'a obijały się po mojej głowie, żebym
ostatecznie zrozumiała o co chodzi. W powietrzu słychać było ciężkie
dyszenie. Otępiała skierowałam głowę w stronę z której dochodził
spokojny oddech chłopaka.
-Nie cieszysz się?- zapytał, jednak ja od razu zaprzeczyłam.
Z
jego pomocą podsunęłam się do osoby, która znajdowała się naprzeciwko.
Była zakneblowana i najpewniej do czegoś przywiązana- najpewniej do
krzesła. Dokładnie słyszałam liny ocierające się o ubranie oraz ciche
postękiwanie. Wysunęłam się na przód i wyciągniętą dłonią dotknęłam
twarzy nieznanej mi osoby. Mężczyzna o ostrych rysach i dwudniowym
zaroście. Po zmarszczkach można było określić jego wiek na czterdzieści
lat. Jego uniesione brwi mówiły o strachu, przerażeniu. Ściągnęłam brwi.
To, że osoba odpowiedzialna za moje nieszczęście, cierpienie, którego
doświadczyłam się boi, oznaczało tylko, że jest winny. Nagle poczułam
niespotykaną dotychczas żądzę zabijania. Ten, który siedział przede mną
wywoływał u mnie tylko gniew i nienawiść. Obok mnie pojawiła się dłoń
Glave'a. Szybko chwyciłam to, co trzymał i z całą moją siłą wbiłam ten przedmiot w
ciało mężczyzny. Nie wiedziałam dokładnie co robię, czy gdzie celuję.
Kierowała mną jedynie wściekłość i żądza zemsty. Po raz kolejny się
zamachnęłam i przeszyłam moją ofiarę nożem ofiarowanym mi przez
chłopaka. Tym razem moje dłonie pokryły się czymś mokrym i lepkim. Nie
zważając na dziwny głos, który kazał mi przestać, dźgnęłam ponownie
osobę, która winna była moim wszystkim krzywdom. Moja twarz pokryła się
tą samą cieczą co ręce, a na podłogę z pluskiem coś upadło. Jeszcze nie
dochodziła do mnie myśl, co robię i jakie będą tego skutki, jakie
problemy może mieć przez to Glave. Ofiara, która była bezbronna, jedynie
jęczała i wiła się z bólu. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Sprawianie bólu
temu, który mnie zabił, było świetną zabawą. Oddając się wbijaniu
ostrza noża w ciało mężczyzny, zupełnie zapomniałam o tym, że to ja
właśnie miałam być tą dobrą.
*
Obserwowałem każdy jej
ruch. Krzyk, który drażnił uszy, docierał do mózgu, wywoływał drżenie.
To wszystko bolało, serce każdego człowieka zaczęłoby krwawić, ja jednak
tylko tkwiłem w... Półuśmiechu ukrytym pod maską. Szaleństwo, agonia
ofiary, irracjonalne szczęście, ulga to wszystko wirowało nad nami.
Piękna Mayumi, krucha lalka teraz splamiona krwią, jej gładka, jasna
twarz wykrzywiona w złowieszczym uśmiechu. Stałem z tyłu, zachowując
dystans. Na podłodze utworzyła się już kałuża lepkiej, czerwonej
substancji. Kolejne krople, strużki, miejscami potoki wypływały z ciała
mężczyzny. Wpadła w amok, nie dostrzegła nawet, jak kolejne fragmenty
wnętrzności opadały na podłoże z obrzydliwym pluskiem. Na krześle
spoczywały już resztki człowieka. Z jego oczu sączyły się łzy, zęby już
starły się od ciągłego zgrzytania i zaciskania szczęki. Ból, z jakim nie
mógł sobie poradzić przerastał i mnie. Dzikość w jej ruchach. Nie była
już aniołem, a jeśli nawet, to upadłym. Ślepe wymierzenie i właśnie
oderwane oko. On już chce umrzeć, ona na to nie pozwoli. Wiem, że chce
mu przekazać tyle cierpienia, ile może. Krzesło upada, niebieskooka stoi
przez chwilę nieruchomo. W końcu klęka, pochyla się nad wrakami.
Odnajduje krępujący go sznur i przecina go. Łapię za rękę, naciska,
przegina w przeciwna stronę. Kości powoli nie wytrzymują, więc ściskając
mocno w palcach nadgarstek, przecina skórę. Czasami ostrze kroi
powietrze, zdarza się jej trafiać w zupełnie inne miejsce. W końcu
jednak dociera do samych kości. Trzask. Zamykam oczy, nie potrafię już
patrzeć. Ciało podryguje pod wpływem ostatnich impulsów, on wygasa.
Słysząc jednak szelest, spoglądam znów. Dziewczyna łapie za krzesło i na
oślep uderza nim w okolice przebywania ofiary. W końcu drewno łamie
się, wszystko cichnie. Podchodzę do niej, chcąc zatrzymać ten proceder.
Obejmuję ją w pasie, układam głowę na jej ramieniu. Silnie ściskam jej
nadgarstek. To wszystko... Przekroczyło każdą zasadę moralną, jaką
mogliśmy znać. Chciałbym powiedzieć jej „przepraszam”. Nigdy jednak tego
nie powiem. Oboje nasączeni krwią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz