czwartek, 17 maja 2012

1.Ty i ja

- Nie jesteście przypadkiem dziwni? - zapytała Meg.
Zmarszczyłam brwi, spoglądając na rudowłosą. Po raz pierwszy ta dziewczyna z wiecznie obdartymi kolanami(ach, ta nasza niezdara) i kręconymi, puszystymi lokami włosów mówiła przy nas poważnie. Właśnie nas. Bo zawsze byliśmy razem.
- O czym ty mówisz, Meguś? -  powiedział wesoło Josh.
- Oj, ty wiesz co mam na myśli. - odparła, zabawnie marszcząc nos.
- No nie do końca. - odparłam za mojego brata bliźniaka.
Nasza kompanka naburmuszyła policzki i wzięła porządny łyk gorącej czekolady, kupionej uprzednio na przystanku. To oznaczało, że wracała do siebie. Nagle rozchmurzyła się i pewnie gdyby można było, nad jej głową zawitałaby zapalona żarówka.
- No chociaż to! - krzyknęła energicznie, bez zbędnych ceregieli wytykając nas palcami. - Odpowiadacie za siebie! To nienormalne.
Dziewczyna złapała się za głowę. My jedynie spojrzeliśmy po sobie i w tym samym momencie natychmiast wybuchliśmy śmiechem.
- Meguś, Meguś, tyle znasz i dalej cię to zadziwia? - zapytałam.
- Nie wiem z czego się śmiejesz, Kate! - odburknęła.
Spojrzałam na nią pobłażliwie. Co by nie robiła, nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że wygląda i zachowuje się jak chomik. Jej zwyczajnie nie dało się brać poważnie. Pomijając, że przez włosy wyglądała już zupełnie jak Ania z Zielonego Wzgórza(czego zawsze nie omieszkaliśmy jej  wypomnieć), to jeszcze jej kwieciste, dziewczęce stroje, jakby zapomniała, że kolorowe lata sześćdziesiąte dawno minęły. Była naszą starą, wspólną przyjaciółką od małego. Choć wiadomo, jak to dziewczyny, zawsze ostatecznie trzymała ze mną.
- Ale ja mówię poważnie i nie mam na myśli tylko tego! Zwłaszcza... - tu ściszyła głos i pochyliła się w naszą stronę. - Ta wasza zdolność, wiecie o czym mówię.
Zerknęłam na Josha, widziałam w jego oczach iskierki. To był jego temat, czego kompletnie nie podzielałam. Pstryknęłam więc w czoło przyjaciółkę na otrzeźwienie.
- Dobra, już dobra, marudo, jesteśmy na miejscu. - gdy tylko to powiedziałam, autobus stanął.
Byliśmy na miejscu.
- Ach, ta ukochana buda. - mruknął niemrawo chłopak.
- A jak inaczej, chodź, fanki czekają. - zażartowałam, ciągnąc go za rękę.
Nie przesadzałam nawet zbytnio. W niewiadomy sposób nasze rodzeństwo było zawsze w centrum uwagi, co byśmy nie robili. Gdy tylko gromada licealistów skumulowana pod drzwiami szkoły nas ujrzała i to nie tylko z naszej klasy, pomachała nam na przywitanie. O ile ja, choć nieco onieśmielona odpowiedziałam im tym samym, to blondyn znów zgrywał księcia z lodu. Popchnęłam go prychając, zachwiał się i milimetry dzieliły go od upadku. Kątem oka spojrzał na mnie i jakaś magiczna siła pociągnęła go w tył. Otworzyłam szeroko oczy zdziwiona, nie miałam jednak czasu zaprzątać sobie tym głowy, lekcje właśnie się zaczynały.
  Siedziałam oparta na krześle. Dla ścisłości, to właściwie z niego zwisałam odchylona w tył. Na szczęście James z ławki za mną już się do tego przyzwyczaił. Uśmiechnęłam się więc tylko głupio w jego stronę. O ile wszystko szło tak samo jak każdego dnia, nic takie samo nie było. Nie od odnalezienia listu napisanego przez matkę. Adresowanego widocznie do nas. Nie wspomniałam jednak o niczym Joshowi, czułam, że w tej chwili jest on skierowany tylko do mnie.
„Moje kochane maleństwa. Choć teraz z pewnością nie jesteście tacy mali. Zbyt dobrze ukryłam tą wiadomość, by odkryliście ją przed wcześnie. Nie jesteście tymi, za jakich się uważaliście. Zostawiłam wam wiadomości i nagrania, niektóre z nich ma Mitcheal. Mam nadzieje, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i wasz ojciec ich nie zniszczy. Oto telefon kontaktowy do  Mitcheal'a...”Tak brzmiała treść tego listu. Pewnie dziwi was, po co napisała to moja matka. Mnie w sumie też, ale może szok nieco zmniejszy się z chwilą, że nasza rodzicielka popełniła samobójstwo szesnaście lat temu. Mieliśmy wtedy z Joshem dokładny rok. Zadzwonię tam dziś po szkole, myślę, że po raz pierwszy nie powiem o tym bratu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz