- Nie jesteście przypadkiem dziwni? - zapytała Meg.
Zmarszczyłam
brwi, spoglądając na rudowłosą. Po raz pierwszy ta dziewczyna z wiecznie
obdartymi kolanami(ach, ta nasza niezdara) i kręconymi, puszystymi
lokami włosów mówiła przy nas poważnie. Właśnie nas. Bo zawsze byliśmy razem.
- O czym ty mówisz, Meguś? - powiedział wesoło Josh.
- Oj, ty wiesz co mam na myśli. - odparła, zabawnie marszcząc nos.
- No nie do końca. - odparłam za mojego brata bliźniaka.
Nasza
kompanka naburmuszyła policzki i wzięła porządny łyk gorącej czekolady,
kupionej uprzednio na przystanku. To oznaczało, że wracała do siebie.
Nagle rozchmurzyła się i pewnie gdyby można było, nad jej głową
zawitałaby zapalona żarówka.
- No chociaż to! - krzyknęła
energicznie, bez zbędnych ceregieli wytykając nas palcami. -
Odpowiadacie za siebie! To nienormalne.
Dziewczyna złapała się za głowę. My jedynie spojrzeliśmy po sobie i w tym samym momencie natychmiast wybuchliśmy śmiechem.
- Meguś, Meguś, tyle znasz i dalej cię to zadziwia? - zapytałam.
- Nie wiem z czego się śmiejesz, Kate! - odburknęła.
Spojrzałam
na nią pobłażliwie. Co by nie robiła, nie mogłam się wyzbyć wrażenia,
że wygląda i zachowuje się jak chomik. Jej zwyczajnie nie dało się brać
poważnie. Pomijając, że przez włosy wyglądała już zupełnie jak Ania z
Zielonego Wzgórza(czego zawsze nie omieszkaliśmy jej wypomnieć), to
jeszcze jej kwieciste, dziewczęce stroje, jakby zapomniała, że kolorowe
lata sześćdziesiąte dawno minęły. Była naszą starą, wspólną przyjaciółką
od małego. Choć wiadomo, jak to dziewczyny, zawsze ostatecznie trzymała
ze mną.
- Ale ja mówię poważnie i nie mam na myśli tylko tego!
Zwłaszcza... - tu ściszyła głos i pochyliła się w naszą stronę. - Ta
wasza zdolność, wiecie o czym mówię.
Zerknęłam na Josha, widziałam w
jego oczach iskierki. To był jego temat, czego kompletnie nie
podzielałam. Pstryknęłam więc w czoło przyjaciółkę na otrzeźwienie.
- Dobra, już dobra, marudo, jesteśmy na miejscu. - gdy tylko to powiedziałam, autobus stanął.
Byliśmy na miejscu.
- Ach, ta ukochana buda. - mruknął niemrawo chłopak.
- A jak inaczej, chodź, fanki czekają. - zażartowałam, ciągnąc go za rękę.
Nie
przesadzałam nawet zbytnio. W niewiadomy sposób nasze rodzeństwo było
zawsze w centrum uwagi, co byśmy nie robili. Gdy tylko gromada
licealistów skumulowana pod drzwiami szkoły nas ujrzała i to nie tylko z
naszej klasy, pomachała nam na przywitanie. O ile ja, choć nieco
onieśmielona odpowiedziałam im tym samym, to blondyn znów zgrywał
księcia z lodu. Popchnęłam go prychając, zachwiał się i milimetry
dzieliły go od upadku. Kątem oka spojrzał na mnie i jakaś magiczna siła
pociągnęła go w tył. Otworzyłam szeroko oczy zdziwiona, nie miałam
jednak czasu zaprzątać sobie tym głowy, lekcje właśnie się zaczynały.
Siedziałam oparta na krześle. Dla ścisłości, to właściwie z niego
zwisałam odchylona w tył. Na szczęście James z ławki za mną już się do
tego przyzwyczaił. Uśmiechnęłam się więc tylko głupio w jego stronę. O
ile wszystko szło tak samo jak każdego dnia, nic takie samo nie było.
Nie od odnalezienia listu napisanego przez matkę. Adresowanego widocznie
do nas. Nie wspomniałam jednak o niczym Joshowi, czułam, że w tej
chwili jest on skierowany tylko do mnie.
„Moje kochane maleństwa.
Choć teraz z pewnością nie jesteście tacy mali. Zbyt dobrze ukryłam tą
wiadomość, by odkryliście ją przed wcześnie. Nie jesteście tymi, za
jakich się uważaliście. Zostawiłam wam wiadomości i nagrania, niektóre z
nich ma Mitcheal. Mam nadzieje, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i
wasz ojciec ich nie zniszczy. Oto telefon kontaktowy do Mitcheal'a...”Tak
brzmiała treść tego listu. Pewnie dziwi was, po co napisała to moja
matka. Mnie w sumie też, ale może szok nieco zmniejszy się z chwilą, że
nasza rodzicielka popełniła samobójstwo szesnaście lat temu. Mieliśmy
wtedy z Joshem dokładny rok. Zadzwonię tam dziś po szkole, myślę, że po
raz pierwszy nie powiem o tym bratu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz