Znacie historię o Kopciuszku? Oczywiście, że tak. Opowieść piękna, o
dziewczynie pokaranej przez los, która doznała wiele niegodziwości ze
strony macochy i przybranych sióstr. Na końcu jednak poślubia księcia i
tu baśń się kończy. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, ale zaraz... Skąd
my możemy o tym wiedzieć? Czy wersja o tym, że córki drugiej żony nagle
przebaczyły Kopciuszkowi, ba pokochały i zostały z nią w przyjacielskich
stosunkach nie jest nazbyt ślepa? A czy macosze nagle przestało zależeć
na dobrym wydaniu dzieci za mąż? W sprawie pasierbicy nie miała żadnego
interesu, a taki obrót spraw, wymaga sprawiedliwości. Niekoniecznie
godnej zasad moralnych. Cofnijmy się jednak w czasie, by nie mówić o
skutkach, przed samymi działaniami.
Dawno, dawno temu żyła sobie
piękna księżniczka. Posiadała swój dwór, miała kogoś, o kim marzyła
latami leżąc na kominie i zagrzebując się w popiele. Och, ileż by mogło
mówić to dziewczę o swym księciu. O jego blond kosmykach włosów,
postawie, dobroci, żelaznej ręce sprawującej już pierwszą władzę nad
swoim królestwem. Była tak bardzo szczęśliwa. W całej swej radości
zapomniała o złych występkach rodziny i postanowiła wyciągnąć jako
pierwsza dłoń do zgody. Jakie więc było jej zdziwienie, gdy pewnego dnia
posłannik dworski przyniósł jej pewną wiadomość. Stanął wyprostowany i
dumnym głosem zarecytował słowa macoszy:
- Kopciuszku nasz kochany,
czy zechciałabyś wstąpić do nas na skromny poczęstunek? Tak bardzo nam
ciebie brakuje, chętnie poznamy również twojego wspaniałego męża. Mama i
siostrzyczki.
Blondyneczka zaklaskała radośnie w dłonie, czy
naprawdę wszystko może być tak dobrze? Wnet szybko ubrała się w swoją
najpiękniejszą suknie, książę w mig pochwycił ten pomysł. Karoca
zawiozła ich wprost pod sam dom. Niepewnie przekroczyli próg izby.
Powitała ich rodzina Kopciuszka, kłaniając się w pas. Wszystko wyglądało
tak samo. Wnętrze pachniało lawendą, widać było bogactwo ojca włożone w
najmniejszy skrawek każdego z pomieszczeń. Zasiedli do stołu, czas im
upływał na miłej rozmowie. Zapach alkoholu unosił się w powietrzu.
-
Ach, jaka szkoda, jaka szkoda, że moje córeczki będą musiały zginąć
ubogie w głodzie i chorobie - zajęczała gospodyni, a kilka łez zebrało
się w kącikach jej oczu. - Ale przynajmniej ty, Kopciuszku, wiedziesz
życie pani dworu.
Wyraźnie wbiła swój wzrok w pasierbicę. Był pełen wyrzutów i rozgoryczenia.
- Ależ matko, ja zrobię wszystko, by zapewnić wam godne życie.
- Wszystko? - zapytała zniżonym głosem kobieta.
Królewna
pokiwała głowę. Kąciki ust macochy uniosły się delikatnie, ale
przemilczała wszystko i jedynie nalała kolejny kieliszek wina księciu.
Dawno zapanowała już noc, na dworze słychać było graną pieśń świerszczy.
Nagle przybrane siostry wstały od stołu i wzięły pod ramiona
Kopciuszka.
- O co chodzi, siostrzyczki? - zapytała.
- Mamy dla ciebie niespodziankę – odpowiedziały wspólnie, chichocząc uroczo.
Księżniczka
uniosła się na nieco miękkich nogach i na odchodne pomachała mężowi.
Ten jedynie się uśmiechnął, powracając do nieco zawikłanej już
konwersacji z gospodynią. Tymczasem dziewczyny wyszły na dwór.
Nieoczekiwanie ich kroki skierowały się w stronę ogromnego pola, na
którym sadzone były dynie.
- Po co mnie tu... - Nie zdążyła dokończyć, brunetka uderzyła ją w tył głowy ostrą krawędzią łopaty.
Upadła
na kolana, ledwo podtrzymując się na rękach. Poczuła nagłe zimno na
skórze włosów, dotknęła miejsca ręką. Krew. Nie czekając ani chwili
dłużej, dziewczyna zadała jej kolejny cios, tym razem całkowicie czyniąc
bierną z niebieskookiej. Kruczowłosa stała na straży, patrząc
poddenerwowana w stronę okna. Kat odchylił głowę ofierze, pociągnąwszy
ją gwałtownie za włosy i podciął różaną szyję toporem. Rozlała się
bordowa ciecz, a niebo przeszył krzyk. Ostatnie tchnie opuściło ciało
królewny.
- Ohyda. - warknęła morderczyni.
Wytarła substancję w suknię i podała łopatę wspólniczce.
- Kop. - nakazała.
Siostra posłusznie też to zrobiła. Niestety dół okazał się zbyt mały, by pomieścić w całości ciało.
Toteż po chwili poćwiartowano zwłoki. Kawałki nóg, osobno odcięte palce, kręgosłup, to wszystko wylądowało w smolistej dziurze.
- A co z tym zrobimy? - zapytała brunetka, wskazując na głowę.
- Schowajmy to już w tej wydrążonej dyni - zaproponowała druga.
Nie
namyślając się długo, to też poczyniły. Po wykonanej pracy wróciły
tylnymi drzwiami do domu. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące. Paskudna
tajemnica nie została nigdy wydana, a książę, z braku innych wyjść
nieświadomie poślubił zabójcę byłej żony. I na tym mogłaby się skończyć
baśń, gdyby nie nasza kochana wróżka. Pewnego dnia, o zmierzchu pojawiła
się na polu i zatańczyła kręgi nad miejscem pochowanej. Jej czarna
suknia unosiła się lekko, a czarodziejska różdżka wskazała przeklętą
dynię. Wypowiedziała słowa zaklęcia.
Kochana tancereczko.
Twa krew płynie z owocu tego.
Słyszę twe wołania,
Czas przywołać cię zza grobu.
Byś pomścić się mogła, moja
mała, kochana, tancereczko.
Wtedy też pojawiła się światłość, a z warzywa zaczęło się coś wynurzać, jakieś członki, kawałki stapiać w całość.
Niestety, ma kruszynko.
Twe ciałko już nie ludzkie.
Ojciec czasu je zabrał,
Więc będziesz mą kruchą laleczką
Ze słomy utkanej,
twe usteczka będą spowite nicią,
zaś jako oczka guziki ci będą służyć.
I
wtedy wszystko stało się jasne, w półmroku można było dostrzec
kreaturę. Kobiece kształty, piękna, choć już poobrywana sukienka. Było
to już coś tylko na wzór stracha na wróble, klejące soki dyni lepiły się
do niej. Usta pozaszywane, pod nagłym impulsem rozwarły się
diabolicznie i było już pewne jedno. Nie tylko ona w tej brudnej ziemi
dziś spocznie.
I to już koniec mojej bajki
Życzę ci miłych snów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz