Dawno, dawno temu żyła sobie mała dziewczynka, wszyscy kochali
ją bardzo, zwłaszcza babcia. Odkąd staruszka podarowała jej atłasową,
czerwoną pelerynę, jej imię zniknęło. Zwyczajnie. Zatraciła swoją
tożsamość, nikt już nie pamiętał o tym, jak miło było wypowiadać jej tak
ciepłe, przyjemne w wymowie imię. Pomimo to, bezimienna nie miała tego
za złe rodzinie, w końcu, tak bardzo ją kochała. Ten dzień, ach, ten
dzień miał być taki sam jak każdy. Los jednak zaplanował co innego.
Choroba babci, to był tylko pretekst do kolejnych wydarzeń. Ale my
jeszcze o tym nie wiemy, a zwłaszcza Czerwony Kapturek. Niewinne dziecko
pochwyciło więc swój koszyk ze smakołykami, dzień przecież jeszcze się
nie skończył. Pożegnało się z matką i odeszło ciesząc się ostatnimi,
ciepłymi promieniami słońca. Gdy tylko oddaliło się od chaty, czuło, że
coś jest nie tak. Coś wisiało w powietrzu, ptaki nerwowo przestępowały z
nóżki na nóżkę, by po sekundzie odlecieć w stronę nieboskłonu. Zające
ucichły, pochowały się w swych norach, cały las zamarł, a przecież
dziewczynka znała to miejsce lepiej od domu. Słońce nie było już tak
blisko, pochowało się za koronami drzew. Chrzęst łamanych gałęzi,
szelest wydobywający się z nieznanej strony. Coś się zbliżało.
Blondyneczka odwróciła się. Wilk, skulony, czekający. Zmierzwiona
sierść, ślina wydobywająca się z pyska. Oczy przekrwione, wpatrywał się w
nią tempo. Nie wiedziała jeszcze, że stoi właśnie przed swoim
przeznaczeniem.
- Ja... Ja idę do babci, panie wilku.
Zwierze
przekrzywiło głowę, podeszło bliżej. Czuła zapach od niego bijący.
Juchy. Nie dawno zjadł z apetytem jakieś zwierze. Wsadził łeb do jej
koszyka i wyrwał z szaleńczą brutalnością kiełbasę. Wydawał się w moment
spotulnieć, zachłannie pożerając mięso. Jako, że niewinna, wyciągnęła w
jego stronę rękę. Głośno zawarczał i chapsnął pyskiem przed jej
palcami. Z nieba lunął deszcz, co wystraszyło drapieżnika. Ostatni raz
ukazał swoje kły, a para buchnęła mu z pyska. Można powiedzieć, że było
to połowiczne pożegnanie. Zupełnie, jakby chciał warknąć „do
zobaczenia”. Czerwony Kapturek stał jeszcze chwilę, wpatrując się w
nieprzeniknione ciemności, w których zniknął wilk. Dreszcze obejmowały
jej drobne ciałko, spojrzała w stronę domu. Chciała wrócić, wypłakać się
mamie. Ale musiała być silna, pociągnęła tylko nosem. W jej dalszej
wędrówce towarzyszył jej pilny, zlękniony wzrok saren i jeszcze
czegoś... W rzeczywistości, on nie zniknął, posuwał się powoli za nią,
szczerząc kły. Jego oddech parzył, nacisk łap pozostawił wklęśnięcia.
Ale przede wszystkim wokół niego panowała cisza. Cicha śmierć. Przegonił
ją w ostatniej chwili, wkroczył przez pół otwarte drzwi babuleńki. Tak
długo już czekała na wnuczkę.
- W-wnusiu? - szepnęła, wychylając głowę zza warstwy koca.
Nie
odpowiedziało jej nic. Kolejne kroki, ślina cieknąca, jej lepkie
strużki pozostawały ślad na podłożu. Zerwał materiał, by następnie
chwycić za nogę. Krzyk. Zmiażdżone kości, kałuże krwi, rozerwane
mięśnie. Pociągnął zwłoki w kierunku szafy, wydawało mu się to dobrym
miejscem na legowisko. Wrócił, zlizując opętany pozostałości bordowej
cieczy. Nie zauważył, jak w czasie ataku żądzy, jego futro okrył
materiał ubrań babci. Syty, śpiący, wskoczył na łoże. Robiło się coraz
ciemniej, a Czerwonego Kapturka jeszcze nie było. Bestia zasnęła,
czekając na kolejną ofiarę.
Dziewczynka zdziwiła się rozwartymi
drzwiami. Wystawiła głowę, mrużąc powieki. W pomieszczeniu panował
półmrok, jedyne co było źródłem światła, to księżyc, świecący centralnie
ze strony okna będącego nad łóżkiem kobiety. Odczuwała pewną
niepewność, nienawidziła ciemności, była to jednak jej wina. Na zbyt
długo zatrzymała się nad jeziorem, by zwilżyć zmęczone nogi.
- Babciu? - jej pytanie zawisło w powietrzu.
Skierowała
swoje kroki w stronę, jak jej się wydawało babci. Złapała drobnymi
rączkami za ramę łóżka, ufnie opierając na niej brodę.
- Babciu, śpisz?
Coś poruszyło się i uniosło. Widziała jedynie ciemne zarysy. Stanęła na palcach, by dostać się bliżej.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie uszy!
Mlaśnięcie, zgrzytnięcie nóg łoża.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie oczy!
Gorący oddech na jej szyi i jarzące się tęczówki patrzące tylko na nią. Z uwielbieniem.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie zęby!
„To
dlatego, by cię łatwiej zjeść, moja droga.” Tak powiedziałby tekst
bajki i myśli zwierza. W rzeczywistości, rzucił się jedynie na jej
tętnice. Nikogo już nie było.
A leśniczy?
Leśniczy i on znalazł
swoje miejsce. Tu jednak baśń się kończy. Brzuszek wilka został
rozpruty, niemniej, ciała posłużyły już tylko jako zawartość grobu.
Tak
się kończy historia, bezimiennej. Jej nagrobek, cały czerwony, jak
mówią plotki, do dziś po zmroku odwiedza nie jedna chmara wilków. Ale
kto by w to uwierzył.
To tylko bajka.
Śpij, kochanie.
A te wielkie oczy mam tylko po to, by lepiej cię widzieć. Każdej nocy.
Ahah <3 kocham to! Pozwól że będę to czytać moim dzieciom jak będą nie grzeczne <3
OdpowiedzUsuńA końcówka! Aż mnie ciarki przeszły!
Może to przez to że zaraz za drzwiami szafy mam nawiedzony strych, na którym samo z siebie otwiera się okno i trzeszczą deski w podłodze... Ten hałas już nie będzie taki oczywisty.
Zaadaptujesz też inne bajki?
"Dawno, dawno temu żyła sobie kiedyś mała dziewczynka" - wycięłabym to "kiedyś", zdanie dużo lepiej by brzmiało...