czwartek, 17 maja 2012

Czerwony Kapturek

Dawno, dawno temu żyła sobie mała dziewczynka, wszyscy kochali ją bardzo, zwłaszcza babcia. Odkąd staruszka podarowała jej atłasową, czerwoną pelerynę, jej imię zniknęło. Zwyczajnie. Zatraciła swoją tożsamość, nikt już nie pamiętał o tym, jak miło było wypowiadać jej tak ciepłe, przyjemne w wymowie imię. Pomimo to, bezimienna nie miała tego za złe rodzinie, w końcu, tak bardzo ją kochała. Ten dzień, ach, ten dzień miał być taki sam jak każdy. Los jednak zaplanował co innego. Choroba babci, to był tylko pretekst do kolejnych wydarzeń. Ale my jeszcze o tym nie wiemy, a zwłaszcza Czerwony Kapturek. Niewinne dziecko pochwyciło więc swój koszyk ze smakołykami, dzień przecież jeszcze się nie skończył. Pożegnało się z matką i odeszło ciesząc się ostatnimi, ciepłymi promieniami słońca. Gdy tylko oddaliło się od chaty, czuło, że coś jest nie tak. Coś wisiało w powietrzu, ptaki nerwowo przestępowały z nóżki na nóżkę, by po sekundzie odlecieć w stronę nieboskłonu. Zające ucichły, pochowały się w swych norach, cały las zamarł, a przecież dziewczynka znała to miejsce lepiej od domu. Słońce nie było już tak blisko, pochowało się za koronami drzew. Chrzęst łamanych gałęzi, szelest wydobywający się z nieznanej strony. Coś się zbliżało. Blondyneczka odwróciła się. Wilk, skulony, czekający. Zmierzwiona sierść, ślina wydobywająca się z pyska. Oczy przekrwione, wpatrywał się w nią tempo. Nie wiedziała jeszcze, że stoi właśnie przed swoim przeznaczeniem.
- Ja... Ja idę do babci, panie wilku.
Zwierze przekrzywiło głowę, podeszło bliżej. Czuła zapach od niego bijący. Juchy. Nie dawno zjadł z apetytem jakieś zwierze. Wsadził łeb do jej koszyka i wyrwał z szaleńczą brutalnością kiełbasę. Wydawał się w moment spotulnieć, zachłannie pożerając mięso. Jako, że niewinna, wyciągnęła w jego stronę rękę. Głośno zawarczał i chapsnął pyskiem przed jej palcami. Z nieba lunął  deszcz, co wystraszyło drapieżnika. Ostatni raz ukazał swoje kły, a para buchnęła mu z pyska. Można powiedzieć, że było to połowiczne pożegnanie. Zupełnie, jakby chciał warknąć „do zobaczenia”. Czerwony Kapturek stał jeszcze chwilę, wpatrując się w nieprzeniknione ciemności, w których zniknął wilk. Dreszcze obejmowały jej drobne ciałko, spojrzała w stronę domu. Chciała wrócić, wypłakać się mamie. Ale musiała być silna, pociągnęła tylko nosem. W jej dalszej wędrówce towarzyszył jej pilny, zlękniony wzrok saren i jeszcze czegoś... W rzeczywistości, on nie zniknął, posuwał się powoli za nią, szczerząc kły. Jego oddech parzył, nacisk łap pozostawił wklęśnięcia. Ale przede wszystkim wokół niego panowała cisza. Cicha śmierć. Przegonił ją w ostatniej chwili, wkroczył przez pół otwarte drzwi babuleńki. Tak długo już czekała na wnuczkę.
- W-wnusiu? - szepnęła, wychylając głowę zza warstwy koca.
Nie odpowiedziało jej nic. Kolejne kroki, ślina cieknąca, jej lepkie strużki pozostawały ślad na podłożu. Zerwał materiał, by następnie chwycić za nogę. Krzyk. Zmiażdżone kości, kałuże krwi, rozerwane mięśnie. Pociągnął zwłoki w kierunku szafy, wydawało mu się to dobrym miejscem na legowisko. Wrócił, zlizując opętany pozostałości bordowej cieczy. Nie zauważył, jak w czasie ataku żądzy, jego futro okrył materiał ubrań babci. Syty, śpiący, wskoczył na łoże. Robiło się coraz ciemniej, a Czerwonego Kapturka jeszcze nie było. Bestia zasnęła, czekając na kolejną ofiarę.
  Dziewczynka zdziwiła się rozwartymi drzwiami. Wystawiła głowę, mrużąc powieki. W pomieszczeniu panował półmrok, jedyne co było źródłem światła, to księżyc, świecący centralnie ze strony okna będącego nad łóżkiem kobiety. Odczuwała pewną niepewność, nienawidziła ciemności, była to jednak jej wina. Na zbyt długo zatrzymała się nad jeziorem, by zwilżyć zmęczone nogi.
- Babciu? - jej pytanie zawisło w powietrzu.
Skierowała swoje kroki w stronę, jak jej się wydawało babci. Złapała drobnymi rączkami za ramę łóżka, ufnie opierając na niej brodę.
- Babciu, śpisz?
Coś poruszyło się i uniosło. Widziała jedynie ciemne zarysy. Stanęła na palcach, by dostać się bliżej.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie uszy!
Mlaśnięcie, zgrzytnięcie nóg łoża.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie oczy!
Gorący oddech na jej szyi i jarzące się tęczówki patrzące tylko na nią. Z uwielbieniem.
- Babciu, babciu, jakie ty masz wielkie zęby!
„To dlatego, by cię łatwiej zjeść, moja droga.” Tak powiedziałby tekst bajki i myśli zwierza. W rzeczywistości, rzucił się jedynie na jej tętnice. Nikogo już nie było.
A leśniczy?
Leśniczy i on znalazł swoje miejsce. Tu jednak baśń się kończy. Brzuszek wilka został rozpruty, niemniej, ciała posłużyły już tylko jako zawartość grobu.
Tak się kończy historia, bezimiennej. Jej nagrobek, cały czerwony, jak mówią plotki, do dziś po zmroku odwiedza nie jedna chmara wilków. Ale kto by w to uwierzył.
To tylko bajka.
Śpij, kochanie.
A te wielkie oczy mam tylko po to, by lepiej cię widzieć. Każdej nocy.

1 komentarz:

  1. Ahah <3 kocham to! Pozwól że będę to czytać moim dzieciom jak będą nie grzeczne <3
    A końcówka! Aż mnie ciarki przeszły!
    Może to przez to że zaraz za drzwiami szafy mam nawiedzony strych, na którym samo z siebie otwiera się okno i trzeszczą deski w podłodze... Ten hałas już nie będzie taki oczywisty.

    Zaadaptujesz też inne bajki?

    "Dawno, dawno temu żyła sobie kiedyś mała dziewczynka" - wycięłabym to "kiedyś", zdanie dużo lepiej by brzmiało...

    OdpowiedzUsuń